wtorek, 2 września 2014

Recenzja!! Dziennik cwaniaczka.

Greg Heffley zaczyna naukę w szkole średniej, która będzie dla niego nie lada wyzwaniem.

Żaden tam z niego cwaniaczek. Greg to taki szkolny "normals". Nie buntuje się i nie podlizuje, nie gra na gitarze, ani w szachy, nie nosi się ekstrawagancko, ani nie ma pokręconej duszy. Ani renegat, ani abnegat – ot, chłopiec, który idzie właśnie do amerykańskiej middle school (drugi, taki jakby bardziej "dorosły", etap podstawówki). A w nowej szkole zawsze można, albo nawet trzeba wymyślać się na nowo. Może po to, żeby wbrew ponurym proroctwom brata jakoś przeżyć w tej dżungli – w końcu, albo jesteś popularny, albo nie ma cię wcale (co nie oznacza bynajmniej niewidzialności, ale raczej nieustające tortury). Kulturowy podszept, że każdy powinien zostać w jakimś sensie gwiazdą, albo przynajmniej zginąć, próbując nią się stać, okazuje się więc w gruncie rzeczy instynktem przetrwania.

Rozpaczliwe próby wpasowania się w społeczny organizm przypominają desperackie castingi do filmowej superprodukcji. Greg szuka jakiejś wygodnej, nieobsadzonej jeszcze roli. Próbuje się jako atleta, społecznik i szkolny modniś. A kiedy sam nie rujnuje swojego kolejnego podejścia, z pomocą przychodzi mu wierny przyjaciel – okrąglutki i obciachowy Rowley. Greg widzi to teraz wyraźnie – kiedy inni przez wakacje przeszli kosmiczne metamorfozy, ze słodkich bobasków przeistaczając się w rastafarian, adeptów mroku czy hiphopowych zakapiorów, jego kumpel nie zmienił się ani troszkę. Stary dobry Rowley jeździ na swoim różowym rowerku, nosi koszulkę ze zdjęciem swojej mamusi i brakuje mu tylko przyklejonej do pleców kartki z napisem "poznęcaj się nade mną w szkolnej toalecie". Greg chętnie pozbył się tego balastu z przeszłości, ale ponieważ uważa się za nieuleczalnie dobrego, postanawia kumpla stunningować i zaktualizować. Zajmuje się jego garderobą i słownictwem, szukając pomysłu już nie tylko na siebie, ale też na kolegę. Tą przyjaźń czeka ciężka próba. Czy Greg ma w ogóle jakąś tożsamość, która pomogłaby mu z tego wybrnąć?

"Dziennik cwaniaczka" to ekranizacja przebojowych książeczek dla dzieci Jeffa Kinneya. Twórcy podkreślają to na każdym kroku, wkomponowując w swój film oryginalne graficzne wstawki (książkowy i internetowy "Dziennik cwaniaczka" jest bogato ilustrowany komiksowymi fragmentami). Ale mimo tego, że ciekawego materiału tu rzeczywiście sporo, film Thora Freudenthala jest tylko trochę lepszy od jego kiepskiego "Hotelu dla psów". Nie jest to zły wybór na popołudnie z dzieckiem - przesłanie jest szlachetne, a humor niezbyt sadystyczny. Ale nie wystarczy to na seans bezbolesny dla dojrzalszego widza. Problem jest już z samym głównym bohaterem, który jest kompletnie nijaki - nie tylko wizerunkowo (co jest tematem filmu), ale także pod względem charakteru. Zresztą, czy to nie takim jednostkom najłatwiej przychodzi przetrwanie? Ale ilu z was chciałoby czytać ich pamiętniki?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz